Nie wykryło AdBlocka. Dziękujemy za wsparcie naszej twórczości.
Nowe komentarze
Archiwum
Kwiecień 2017
P W Ś C P S N
« Mar    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
Reklama

Pod glicynią

 

Pod glicyniąSpojrzałam w kalendarz. Pierwsza rocznica zbliżała się wielkimi krokami… Przez rok żyłam z tym obrazem pod powiekami, wbił mi się pod skórę, wplątał w codzienność. Zaczęło się tak zwyczajnie… a pozostawiło głód, którego do dziś nie udało się zaspokoić.

Rok temu…

Siedzieliśmy właśnie w samochodzie zaparkowanym pod „Bar al Glicine”, który faktycznie tonął w glicyniach. Zapach kwiecia snuł się w powietrzu zupełnie bezpretensjonalnie i docierał do mnie, łaskocząc gdzieś w okolicach szyi. Przyjechaliśmy do Tricesimo tydzień temu w interesach. Przywieźliśmy doskonałe, lniane obrusy z lubością kupowane przez włoskich restauratorów oraz właścicieli przytulnych barów i kawiarenek. Sprzedaż bezpośrednia, którą niedawno odkryłam, fascynowała mnie nie mniej niż moich kontrahentów – wpisywała się we włoską tradycję bezpośredniego kontaktu. Znakomity rynek.

Jakiś czas ciągnęłam interes sama, ale wkrótce okazało się, że bez pomocy nie dam rady. Zatrudniłam kierowcę i tragarza w jednym, Bartka. Chłopak miał praktyczny zmysł życiowy, prawo jazdy, do tego był silny i odpowiedzialny. Kręciła go ta robota – jak sam twierdził, nie nadawał się do siedzenia za biurkiem. Podejrzewałam dodatkowo, że był na etapie odcinania pępowiny z domem – tym bardziej robota wpisywała się w jego aktualny pomysł na życie. Niewiele o tym mówił, a ja z kolei nie pytałam. Rozumiałam – na szczęście miałam ten etap za sobą.

Do spotkania z Maurizio, właścicielem kwietnego baru, mieliśmy dobre pół godziny. Potrzebowałam chwili na odsapnięcie i spokojny telefon do producenta – szybko topniały nasze zapasy. Musiałam zgrabnie obejść kolejkę oczekiwania na towar, wystarczyło tylko wiedzieć jak. Producent – pan Bogdan – dawno przekroczył pięćdziesiątkę i mimo, że nieustannie borykał się z lekką nadwagą, był bardzo energiczny. Rozbrajał mnie ciepłym tembrem głosu. Dobrze wiedziałam, jak go podejść – lubił pogadać, ponarzekać, słuchać pochwał. Prosty mechanizm. Zawsze działał. Było w tym też coś ze schematu sentymentalnego uwodzenia, które nigdy się nie ziści i obie strony dobrze o tym wiedzą – ale gra sprawia im przyjemność i dlatego z chęcią to robią.

Już wybierałam numer, kiedy niedaleko z gracją zaparkowała nowa, czerwona Giulietta. Do auta podbiegł młody mężczyzna.

„Jaki typowy Włoch” – pomyślałam. Nie oszukujmy się, ten nienaganny „look” – garniaczek, fryzura, zegarek – zawsze robił na mnie wrażenie. Bez wątpienia miał też srebrne spinki przy mankietach koszuli. Byłam pewna, mimo że ich nie dostrzegałam.

Otworzył drzwi i pomógł wysiąść dziewczynie o zjawiskowej urodzie. W leniwej atmosferze sjesty małego, włoskiego miasteczka zanosiło się na wyraźne ożywienie. Zwiewna sukienka falowała dookoła elektrycznej szatynki o długich, lekko wijących się włosach. Nawet nie zdążyli zamknąć drzwi. Pocałunki, którymi ją niecierpliwie obsypywał, robiły się coraz szybsze i bardziej zachłanne. Przytrzymywała go za pasek od spodni, a on całował jej szyję, ucho, włosy, czerwone i błyszczące jak truskawka usta… Kiedy oparł ją o samochód i zobaczyłam, jak zwinnie sunie dłonią w górę po jej udzie, omal nie zemdlałam. Z zaskoczenia, z piękna tej intymnej energii, której niechcący byłam świadkiem…

– Widzisz to samo, co ja? – zapytał Bartek.

– Widzę – odparłam, głośno przełykając ślinę. Patrzyłam na ten spektakl zahipnotyzowana.

Dziewczyna szepnęła przystojniakowi coś do ucha i przytrzymała jego dłoń na swoim udzie, jakby mówiła „zostań”. Zaśmiali się. Lekko odgiął dekolt jej sukienki i zajrzał niczym niegrzeczny małolat. Dał jej jeszcze jednego całusa i zakończył namiętny spektakl. Wyjął z jej ręki kluczyki i jednym ruchem zamknął auto. Złapał ją za rękę i zdecydowanym gestem pociągnął za sobą. Frunęła za nim lekko i ze śmiechem. Och, jak wiele bym dała za to, żeby moja dłoń znalazła się w takiej zachłannej dłoni. Podbiegli do czarnego SUV-a, wsiedli i pośpiesznie odjechali…

Siedzieliśmy w kompletnej ciszy. Ja – ogłuszona i… okropnie rozpalona myśleniem o tym, co ta dwójka teraz robi… Powoli jednak świat zaczął wracać, a w okolicy szyi znów poczułam łaskotanie glicynii.

Spojrzałam na Bartka – był wyraźnie poruszony, ale siedział cicho. Nerwowo pocierał dłońmi, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić. Wyjęłam telefon, wtedy odpalił samochód i ruszył.

– Hej, Bartek, co robisz? Przecież za moment mamy spotkanie z Maurizio. – Zdziwiłam się jego zachowaniem.

– Dobra, wrócimy, nie mogę tu teraz siedzieć. – Nerwowo na mnie zerknął.

„Ok – pomyślałam – i jemu, widzę, zrobiło się gorąco. Może potrzebuje ochłonąć…”

Samochód pędził w kierunku autostrady.

„Mandat będzie jak nic i tym razem nas nie wybronię” – pomyślałam. Coś mi mówiło, żeby siedzieć cicho. Myślami i tak byłam gdzie indziej. Serce wciąż mi waliło jak szalone, oddech się nie uspokoił, skóra mi cierpła, a piersi aż bolały.

Dopiero po około dwudziestu minutach, gdzieś na wysokości Udine zrozumiałam, że sprawa jest poważniejsza, niż początkowo mi się wydawało. Przez głowę przemykały tysiące pytań, a przed oczami wciąż pulsowały gorące sceny. Bartek oddychał ciężko i w ogóle nie patrzył w moją stronę. Jechał naprawdę szybko i zupełnie nie pojmowałam, co teraz dzieje się w jego głowie.

– Bartek, wszystko w porządku? – spytałam, bo robiło mi się trochę nieswojo.

– I tak, i nie. – Był spokojniejszy, choć w głosie wyczułam coś nieznanego.

– Acha, a coś więcej? – spytałam, może zbyt zaczepnie.

Milczał, kątem oka dostrzegłam, że broda mu lekko drżała. Szukał słów? Poddałam się tej ciszy… Oparłam głowę i zamknęłam oczy.

„Przecież ufam temu chłopakowi, przecież tyle już o nim wiem, przecież nigdy mnie nie oszukał, przecież…”

Obudziła mnie cisza. Samochód stał na opuszczonym parkingu. Z oddali docierał do mnie znajomy szum – morze? Pytająco spojrzałam na Bartka. Siedział obok i wpatrywał się w nieistniejący punkt. W końcu się odwrócił. Nie znałam jednak do końca tych oczu… Dostrzegałam coś nowego, coś… Co to było?

– Chodź, pokażę ci czaderski kawałek ziemi. Byłem tu wczoraj i… chciałem ci go po prostu pokazać.

Wysiadł i otworzył mi drzwi. Był skupiony i… jakiś taki miękki. Włosy miał lekko potargane, nie zdążył się dziś ogolić…

– Chodź, chodź! – Ponaglał mnie, chwytając mocno moją dłoń.

– Bartek, wytłumacz mi, co się dzieje – prosiłam go. Miałam mętlik w głowie, suche usta, kolana zbyt miękkie…

– Zaraz, po drodze, chodź kobieto wreszcie.

Ruszyłam za nim. Adriatyk w tym rejonie obdarowuje przybyszów rozłożystymi plażami, ale nigdy nie było czasu się tym pozachwycać. Tym bardziej zdziwiłam się, kiedy i jak Bartek zdążył tu dotrzeć. Może gdy byłam na kolacji z Fabiem, moim największym odbiorcą tekstyliów. Fabio przedobrzył wczoraj z winem i cały wieczór coś niewyraźnie bąkał o stałych zamówieniach, o stałej pracy we Włoszech, którą rzekomo dla mnie miał… Odprowadził o północy, domagał się „il bacio della buonanotte”[1]. Zaczęłam się śmiać i na szczęście trochę ochłonął. Rano zadzwonił z przeprosinami…

– Wczoraj tu byłem – wyjaśnił Bartek – jak czekałem na twój powrót. Czemu tak długo nie wracałaś? – Czyżbym wyczuła pretensję?

– Przecież wiesz, byłam na kolacji z Fabiem… A w ogóle… dlaczego cię to niepokoi?

Szliśmy odludną plażą, nieco wyżej na skarpie oddalała się droga. Brzeg wypełniał się złotym piaskiem, słońce po włosku oblepiało mi łydki i ramiona… Kroki zrobiły się spokojniejsze, morze porywało nasze spojrzenia. Zdjęłam buty, Bartek też.

– Od początku mi się podobasz. – Usłyszałam nagle i zdębiałam… – Dziś… dziś widziałem tam tylko ciebie. Myślałem… myślałem, że wybuchnę tam, w samochodzie, mając cię na wyciągnięcie dłoni i tę dwójkę, która mi pokazała, jak bardzo o tobie marzę…

Zaskoczył mnie tymi słowami. Mógł przygotować… miałam lekką pretensję, ale kiedy spojrzałam w jego oczy, wiedziałam, że może i chciał, ale po prostu nie dał rady.

Przyciągnął mnie do siebie.

– Nie dam cię żadnemu Fabiowi, żadnemu wyżelowanemu italiańcowi… – szeptał mi do ucha już bardzo pewny siebie. I ewidentnie napalony. Bardzo napalony.

Zalało mnie gorąco, potem zdziwienie. Poczułam ciepło jego oddechu tuż za uchem… przenoszące się niżej i niżej…

– Bartek… wariacie, co robisz? – to ostatnie, co powiedziałam. Podobało mi się.

Wylądowaliśmy na skraju plaży. Migał mi w słońcu, zdejmował koszulę, rozpinał pasek. Kiedy dopadł do moich piersi i rozkosznie wciągnął je w ciepło swoich ust… myślenie zamieniłam w falę zmysłowej rozkoszy. Za dobrze, za pięknie, za szybko, już się nie oprę…

W potoku jego szeptu, potok między moimi udami. To była nieprzekraczalna linia, kiedy tak bardzo nie mogłam się go doczekać. Pod łopatkami łaskotał mnie ciepły piasek. Bartek łaskawie zostawił mnie w spódnicy, świetnie radził sobie pod nią. Pieścił moje uda, zręcznie zdjął majtki… Patrzył przy tym prosto w moje oczy. Był skupiony i napięty do granic, szybko oddychał. A ten pośpiech? Podniecał mnie jak jasna cholera!

Kiedy poczułam jak rozpycha się między moimi udami, jęknęłam i zacisnęłam się na nim, jakbym nigdy nie chciała go stracić. Zamknął oczy. W coraz szybszym oddechu usłyszałam: „moja mała”… Wypełniał mnie zwinnie, mocno, w rytmie szybszym od fal, które zostały gdzieś daleko … Zlały się z moim krzykiem, jego ciepłym i nagłym jękiem…

Lekko zmieszany zbierał nasze ubrania. Uśmiechałam się.

Tego dnia już nie pojechaliśmy do Maurizia. Ledwie daliśmy radę dojechać do mieszkania, które wynajmowałam na potrzeby służbowe. Jak się okazuje nie tylko służbowe… Przez tydzień odkrywaliśmy siebie jak głodne, spragnione rozkoszy zwierzątka – dziko i bez zastanowienia.

Po powrocie do kraju nie było już mowy o współpracy. Zwolniłam Bartka, tłumaczyłam, że dla mnie to już inny poziom znajomości. Niestety zrozumiał to opacznie i potraktował bardzo osobiście. Nie dzwonił tydzień, nie odbierał telefonów. Wysyłałam smsy, maile… Czekałam…

Wciąż na niego czekam.

 

WEGA
Pisanie równa się oddychanie. Do tego trzy hasła podróży życiowej: harmonia, autentyczność, rozwój…

[1] Buziak na dobranoc

 

 

 

 

2 odpowiedzi na „Pod glicynią”

  • Bardzo ciekawie i dyskretnie opisane napięcie pomiędzy główną bohaterką i Bartkiem. Poznać to można po jej słowach, które niby dotyczą czegoś innego: „zmysł…silny…kręciła go” :-), choć ona sama jakby tego nie widzi. Nawet, jak mówi: „znów poczułam łaskotanie glicynii”. Bardzo to pobudza wyobraźnię. Szkoda, że już się nie spotkali…

  • Opowiadanie bardzo ciekawe, wciągające. Zaskoczenie bohaterki i seks na plaży…mniemuśne)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.