Nie wykryło AdBlocka. Dziękujemy za wsparcie naszej twórczości.
Archiwum
Grudzień 2017
P W Ś C P S N
« Lis    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031
Reklama

Mona

 

Siedziałem w Limbo. Było strasznie gorąco, a ja maiłem ochotę na piwo. Limbo było dość blisko od Fabryki i jednocześnie na tyle daleko, że szanse spotkania tu któregoś ze współpracowników były małe. Dlatego siedziałem właśnie tutaj, popijając cudownie, zimne piwo i rozkoszując się spokojem. Niestety miałem pecha, ktoś postanowił mi przeszkodzić.
– Jon? Jon Hartel! Kopę lat!

– Yyy… – Nie poznaję gościa, który mnie zaczepia. Blondyn średniego wzrostu, twarz pokryta śladami po pryszczach, albo innym cholerstwie, jakby znajoma.
– Jerry, Jerry McCoin.
– No tak jasne, wybacz. Postawić ci piwo?

– Nie, muszę lecieć. Ale wiesz, co wpadnij do mnie dzisiaj wieczorem robię małą imprezę…

 

***

 

Sam nie wiem, co mnie podkusiło. Ale postanowiłem wybrać się do McCoin’a na imprezę, ostatnimi czasy raczej unikałem ludzi. Oprócz znajomych, których spotykałem w licznych barach Scissor City, może właśnie ta nostalgia za normalnością skłoniła mnie by tu przyjść, a może po prostu chciałem się najebać.
Jerry mieszkał na ulicy Theodora Gilberta Morell’a. Podjechałem tam o dziewiątej swoją impalą. Mieszkanie zlokalizowałem po dobiegającej z niego muzyce. Drzwi otworzył mi gospodarz, przywitał, przyjął flaszkę i zaprosił do środka. Kilka osób tańczyło w sporym salonie, kilka rozmawiało po kontach. Ktoś grał na konsoli, a reszta siedziała w aneksie kuchennym połączonym z jadalnią i waliła wódę. Dołączyłem oczywiście do tych ostatnich.

Jakiś czas piliśmy, wymieniając sprośnie żarty i prowadząc rozmowy o wszystkim i o niczym, które i tak zapominaliśmy po kilku kolejnych kolejkach.

Jakiś czas później poszedłem się odlać. Gdy wracałem zamurowało mnie, bo zobaczyłem ducha. Nie byłem pewien czy to sen, majak wywołany alkoholem, czy zwykłe przemęczenie. Ale oto przede mną stała najpiękniejsza kobieta świata, Mona. Poczułem się, jakby trafił mnie piorun.

Ona omal na mnie nie wpadła i rzuciła ze śmiechem i nonszalancją.

– Sorki, trochę wypiłam.
– Mona?! Mona to ty?

– O, cześć Jon. Jak leci? – Wita się ze mną jak gdyby nigdy nic, po czym lustruje mnie spojrzeniem i uśmiechnęła się nieziemsko.

– Myślałem, że nie żyjesz.

– A tamto. – Mona przykłada dłoń do wąskiej talii. – Tak, ja też myślałam, że już po mnie. Po porostu miałam szczęście.

– Szczęście? – Ledwo jestem w stanie mówić, coś ściska mnie za gardło. To Ona, żywa, pachnąca, ciepła i piękna.

– Nadziałam się na wystający pręt.

– Rozumiem.

Na chwilę, zapada milczenie. Tyle razy rozwiałem z nią w snach, a teraz nie wiem co mam powiedzieć. Na szczęście odzywa się Ona, swoim miłym dla moich uszu, kobiecym głosem.

– A ty, jak się stamtąd wydostałeś wielkoludzie?

– Przebiliśmy się z Wisem do jego samochodu. Myślałem, że nie żyjesz, inaczej…

– Co wróciłbyś po mnie? – Jej aksamitny głos na krótką chwilę przybiera jadowity ton, a może tylko mi się wydaje. – Nie zgrywaj rycerza na białym koniu Jon. To jest Scissor City, tu każdy musi radzić sobie sam.

– Wróciłbym – mówię tak pewny głosem, na jaki tylko mnie stać, patrząc jej w oczy – wróciłbym, bo uratowałaś mi życie, a ja nie lubię niespłaconych długów. – Kretyn! Idiota! Już prawie jej powiedziałeś, że ją kochasz! Opanuj się Jon! Opanuj się do jasnej cholery!

Mona się śmieje, głośno, uroczo. Jestem wręcz pewien, że tak śmiały się anioły przy doglądaniu danego im w opiekę dziewiczego świata.

– Prawdziwy z ciebie bohater Jon. Ale nie martw się, ty też uratowałeś mi życie, jesteśmy kwita. Nie jesteś mi nic winien.

Świat dokoła nas zamiera, wiem, że od tego, co powiem zależy wszystko.

– A jeśli chciałbym być ci coś winien?

– Nie wiem, – odpowiada uśmiechając się kokieteryjnie – może powinieneś zaciągnąć u mnie jakiś dług.

Potem wszystko, dzieje się bardzo szybko, wypijamy kilka drinków, rozmawiając o błahych sprawach. Po cichu wymykamy się z imprezy. Obejmując się i trzymając za ręce, jakbyśmy od lat byli dobrymi znajomymi. Kochankami, którzy zagubili się, lecz po latach rozłąki i osamotnienia odnaleźli się wzajemnie, po to by ich miłość ożyła i wybuchła jeszcze gorętszym płomieniem. Wsiadamy do mojej impali i jedziemy do mnie.

A potem Mona zabiera mnie do raju, a ja zabrałem tam ją. I jesteśmy w raju oboje. Z dala od brudu i ciemności Fabryki. Jest tylko światło rozkoszy i jest Ona, Anioł, Bogini, a ja jestem z Nią.

Obejmuję Ją jakby była całym moim światem. Światem, bez którego nie jestem w stanie żyć, obejmuję Ją delikatnie i jednocześnie mocno. Modląc się do wszystkich bogów i do samej Fabryki, by już na zawsze pozostała w moich ramionach.

 

***

 

– Jon?

– Tak?

– Powiedz mi, dlaczego.

– Bo cię kocham.

– Bo?

– Bo jesteś piękna.

– I?

– Wspaniała, cudownie pachniesz, masz w sobie siłę.

– Siłę?

– Moc, charyzmę. Błysk w oku, o którym śpiewają w piosenkach.

– Nie wiedziałam, że taki z ciebie romantyk.

– Dla ciebie będę, kim tylko zechcesz.

 

***

 

– Mona?

– Aha.

– Nic, chciałem tylko wiedzieć, że tu jesteś.

– Tylko?

– Chciałem… usłyszeć twój głos.

– Mhhy – Mona mruczy nad moim uchem, mocniej wtulając się w moje ciało.

– Chciałem… – moja dłoń zaczyna krążyć po jej jędrnym i gładkim jak jedwab udzie.

– Tak Jon?

Nie mówimy nic więcej, słowa nie są potrzebne.

Zatracamy się w sobie. Ja zatracam się w Niej, błądząc palcami po Jej ciepłym i miękkim jak aksamit ciele, poznaje każdy zakamarek i szczegół, bez pośpiechu, delikatnie i czule. Tak czule jak tylko moje twarde i chropowate dłonie są w stanie. Wdycham słodki, odurzający zapach jej włosów, całuję i pieszczę. Nie liczy się już nic, tylko kobieta w moich ramionach. Nie śpimy całą noc, dopiero nad ranem zasypiamy, mokrzy od potu spleceni w miłosnym uścisku, ja i kobieta z moich snów.

 

***

 

Przez kilka dni jest jak w bajce. Ale bajka jak to z bajkami bywa, szybko się kończy.

– Muszę iść.

– Dokąd?

– Garrick ma dla mnie robotę.

– Wciąż z nim pracujesz?

– Nikt tak dobrze nie płaci.

– Wtedy na budowie odniosłem wrażenie, że masz do niego jakiś uraz.

– Daj spokój, to było kilka lat temu i to była zupełnie inna sytuacja.

– Wise, to gracz. Poświęci wszystko i wszystkich dla swoich interesów.

– Skąd możesz wiedzieć, że nie jestem taka sama?

– Po prostu wiem.

Mona śmieje mi się w twarz. Z rozrzuconymi, czarnymi włosami wygląda jak walkiria w bitewnym szale. Widok jest piękny i podniecający.

– Nic o mnie nie wiesz Jon. Zakochałeś się w niewłaściwej kobiecie. Ja nie wyprowadzę się z tobą z miasta, nie będzie żadnej wesołej rodziny, trójki dzieci, ogródka i sadu.

– Mona…

– Nawet tak na mnie nie patrz. Znajdź sobie kogoś innego Jon. Kogoś, kto odwzajemni twoje uczucia.

– Ale…

– Nie ma żadnego, ale Jon. Wychodzę i już.

– Okej, dobra. Spotkamy się, kiedy skończysz tą robotę?

– Jeszcze nie wiem. – Odpowiada. Całuje mnie w policzek i wychodzi. A ja wciąż stoję na środku pokoju, jak słup soli, nie będą się w stanie poruszyć. Tak jakby Ona jakimś magicznym czarem zamieniła mnie w kamień. Zaklęła moją duszę i ciało, tak by należały tylko do Niej.

Dopiero za jakiś czas jestem w stanie się otrząsnąć. To niby nic takiego, sam nie wiem ile razy wychodziłem z mieszkań kobiet, z którymi spędziłem kilka upojnych nocy. Lecz tym razem jest inaczej. Coś w moim życiu się kończy. Tak jakby Mona, opuszczając mnie zamknęła pewną księgę, której nie da się już otworzyć. Choć ja wciąż mam na to nadzieję i chyba tylko ona w końcu pozwala mi się ruszyć z miejsca.

Każda bajka kiedyś się kończy i nie każda ma szczęśliwe zakończenie. Mona znika z mojego życia jeszcze szybciej niż się pojawiła. Zostawiając po sobie pustkę i nicość. Może miała racje, przecież prawie jej nie znałem. Co znaczą te kilka dni spędzone razem w łóżku? Prawie jej nie znałem, ale to było nieważne, to nie zmieniało tego, że tylko Jej pragnąłem.

 

Kamil B.
Student, wielbiciel fantastyki i postapokalipsy, który choć podobno na nic nie ma czasu, to wciąż coś pisze i czyta.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.