Nie wykryło AdBlocka. Dziękujemy za wsparcie naszej twórczości.
Archiwum
Listopad 2017
P W Ś C P S N
« Paź    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930  
Reklama

ULICA

 

ONA

Mogłoby wreszcie popadać – pomyślała – albo jeszcze lepiej, mogłaby być burza! Ann westchnęła tęsknie, spoglądając na niebo. Wracała właśnie do domu z wydawnictwa, przez zatłoczone jak zawsze i o każdej porze dnia i nocy miasto. Tego dnia, mimo, że lato zbliżało się ku końcowi panował uciążliwy skwar. Wszystkim dał się we znaki. Nadchodził wieczór, ale z nikąd ulgi. Zamyślona, mijała obojętnie ludzi na ulicy. Marudne dzieci w wózkach czy na rowerkach, osowiałe matki drepczące za nimi, starszych ludzi, ledwo idących krok za rokiem, tak, że mijając ich od razu chciała wykręcić 911. Sama też już miała dość. Nie lubiła upałów. Żar lejący się z nieba był, nawet tu, w Japonii czymś niezwykłym o tej porze roku. Wilgotność powietrza sięgała w porze monsunowej nie raz i 90 procent, a temperatura lansowała się pomiędzy 30 a nawet więcej. W klimatyzowanych pomieszczeniach nie było to tak drastycznie męczące, ale może właśnie dlatego, kiedy wyszło się na zewnątrz, ciepło waliło z nóg, niczym obuchem. A dziś to już pewnie oscylowało w granicach 40.  Na dodatek tłumy na ulicach, nagrzane szklane domy, asfalt i beton nie dawały grama ochłody. Coś jej mówiło, że nie tylko ona, mieszkająca tu przecież od nie tak dawna, tak odbiera dzisiejsza pogodę. Coś wisiało w powietrzu, cos na kształt burzy, choć obłoki na niebie sunęły na razie leniwie i nawet bryza znad oceanu nie przynosiło ochłody. Idąc na metro, musiała przejść rzez największe skrzyżowanie w Tokio, słynne Shibuya, gdzie tłum zdawał się kilkakrotnie gęstszy, niż po drodze. Zatęskniła za Kioto. Za niskimi domkami w dzielnicy gejsz- Gion, za zapachem rozgrzanego drewna, z którego były zbudowane. Za zielenią i chłodnym wietrzykiem. Za pięknem tego miejsca i… za Nim! Idąc do stacji metra, odruchowo i z nadzieją spojrzała w niebo.  Na wschodzie kłębiły się już burzowe chmury. Nareszcie! Niebo było szaro srebrne, ale gęste, groźne obłoki – grantowe. Przywodziły na myśl niezwykły kolor jego oczu. Serce zacisnęło się w bolesnym skurczu. I nagle, na najbardziej zatłoczonym skrzyżowaniu świata, pośród tłumu ludzi, poczuła to! Znajomy zapach piżma i cedru, kojarzący się jej z tylko jedną, jedyną osobą. Code – Giorgio Armani! To był jego zapach, zbyt dobrze jej znany! Wspomnienia, być może niechciane, jak rozpędzony Shinkansen wtargnęły gwałtowne do jej serca.

Tamte noce, tak inne, tak pełne nieokiełznanej namiętności. Jego ciemniejsza w karnacji, apetyczna skóra pachniała tak właśnie, kiedy sunąc ku naznaczonym wytrenowanymi mięśniami, seksownie napiętym na brzuchu, rozpinała gorączkowo jego dżinsy.  Chłonąc wszystkimi zmysłami jego obecność. Ten cudowny zapach, tak charakterystyczny, że dla niej kojarzył się tylko z nim. Z tym uniesieniem, rozkosznym ciepłem, rozchodzącym się po całym ciele. Dreszczem ekstazy, szybszym biciem serca, krwią krążącą coraz szybciej w żyłach. Pragnieniem, które buzowało coraz szybciej w ciele. Smak skóry pod wargami. Pulsującej pożądaniem, gorącej i zniewalającej. Pragnęła go jak nikogo. Kusił ją i uwodził. Nikt inny nie potrafił dać takiej rozkoszy. Jego usta, dłonie, dotyk tak zachłanny i oddany tylko jej. Tylko dla niej. Cudowny w swym zatraceniu i porywający ją za sobą na samo dno, by potem móc wybić się na niebiosa. Wręcz uzależniający.

Grzmot nad głową przywrócił ją do rzeczywistości. Kierując się wciąż wszechobecnym, w stojącym niemal dookoła niej, gorącym, wilgotnym powietrzu zapachem, rozejrzała się. Dostrzegła w tłumie wysoką, ciemnowłosą sylwetkę. Serce w niej zamarło. Zimny dreszcz przeszedł po plecach. Czy to mógł być on? To przecież niemożliwe. Tęsknota zabolała jak ukrycie tysiąca ostrzy. Kolejny grzmot wstrząsnął eterem i nagle znad oceanu powiat zimny wiatr. Spojrzała w kierunku skłębionych obłoków. A gdy odwróciła wzrok, zniknął. Czy to był naprawdę on? Czy tylko wspomnienie, obudzone tak nagle, wywołało go z nicości. Z pamięci o uczuciu zbyt gorącym i namiętnym, a przez to zbyt destrukcyjnym, by móc przetrwać? By miało prawo istnieć, nie niszcząc ich oboje przy tym? Miłość, która złamała im serca, nie mogła przetrwać przecież. Westchnęła. A jednak wciąż go kochała, zawsze i desperacko pragnęła być z nim. Wchodząc na stację metra, usłyszała jeszcze nagły szum ulewy. Nie przyniosła ona jednak żadnej ulgi. Przynajmniej nie jej.

 

ON

Od dłuższego czasu stał bez ruchu na samym środku skrzyżowania Shibuya, a ludzie mijali go obojętnie. Dopiero kiedy ktoś, zupełnie niechcący, trącił go nieco, zamrugawszy ze zdziwienia, obejrzał się za siebie. Czy mu się zdawało, czy właśnie ją ujrzał pośród tłumu? Nie, to niemożliwe przecież! Wiatr zmógł się nagle, a ze wschodu nadciągnęły ciemne, burzowe chmury. Nareszcie!

Kto to widział, by upał był tak męczący o tej porze roku? Czuł jak pot zrasza mu całe ciało, a T-shirt lepi się do pleców i torsu. Zupełnie jak po treningu.

Marzył o prysznicu, chłodnym, szybkim i orzeźwiającym. Marzył o niej. Od dawna. Od tego pierwszego dnia, gdy nikły zapach magnolii oczarował go i uniósł w nieznane dotąd uczucia. Obudził w nim nie tylko pożądanie, ale i miłość. Pierwszy raz. I – czego był absolutnie pewien – ostatni i jedyny. Kochał ją całym sercem. I stracił. Tęsknotę, przecież nękającą go i tak bez ustanku, spotęgował nikły zapach magnolii i deszczu, który pojawił się z nikąd, by zawładnąć jego zmysłami, na samym środku ruchliwej ulicy. Jego sercem i umysłem. Przyniósł go wiatr z nad oceanu. Obudził wspomnienia. Tamta noc. Jedyna, wyjątkowa i pełna namiętności. Czerwona sukienka i jej jasne loki. Smak szampana i ogromne pragnienie, by móc być w niej. Pożądanie rozsadzające zmysły, ogarniające umysł, palące i nieugaszone. Miłość trawiącą jego serce. Zatracenie w niej, zapomnienie, niemoc. Jej cudowne słodkie usta. Wahanie, czy raz jeszcze mu pozwoli ponieść ich ku niebu? Przeogromna ochota, by czas zatrzymał się w miejscu, w tej jednej, jedynej chwili. By móc trwać tak wiecznie. Zatapiać się coraz głębiej w rozkosze uniesienie i zostać tam z nią na wieki. Ból serca zgłuszyć pocałunkami. Chłonąc ciepło i słodycz jej drżących warg. Oddychać nią. Tym uwodzącym go zapachem magnolii i jaśminu, który zapadł mu w serce. Słodki, lekki zapach, znikomy aromat kwiatów. Cudownie drażniący zmysły i potęgujący i tak niegasnące pożądanie.

Ostatni raz trzymał ją w ramionach. Ostatni raz była jego i jednocześnie nie była. Kochał ją i czuł, że ona odważenia to uczucie. Jednak ich miłość nie miała szans na przetrwanie. Wiedział to dobrze. Tamta noc tak cudowna i niezapomniana, skończyła się. Świt, który nadszedł zbyt szybko, złamał im serca na zawsze.

Stał tak, dopóki grzmot jaki wstrząsnął eterem, nie przywołał go do rzeczywistości. Tokio o tej porze roku męczyło go i drażniło. Tłum ludzi, a po środku on. Poczuł się tak samotny, jak jeszcze nigdy dotąd. Serce ścisłego się w nagłym bólu. Zapach, który starał się jeszcze wychwycić, uleciał z wiatrem. Westchnął. A trzeba było wyjechać gdy nadarzyła się okazja.

Ann Crevan

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.