Nie wykryło AdBlocka. Dziękujemy za wsparcie naszej twórczości.
Archiwum
Sierpień 2017
P W Ś C P S N
« Lip    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031  
Reklama

Dworzec

 

Stał na środku sali. Dworzec był raczej niewielki, choć komfortowo i nowocześnie wykończony. Wypolerowana kamienna podłoga, smukłe stylizowane kolumny wykończone wolutami, ozdobne podwieszane sufity, ze zwisającymi kryształowymi żyrandolami. Na ścianach w modnym, szarym złamanym kolorze rozmieszczone były tablice informacyjne. Świecące napisy jakby trwały w miejscu. Nie zmieniały się. W tle słyszał muzykę i ściszone głosy ludzi. Poczekalnia dla pasażerów połączona była z kasami biletowymi.

Opat rozglądał się uważnie w koło – był tu po raz pierwszy i zaskoczył go przepych wnętrz połączony z nowoczesnością. Przy kasach stało kilka osób. Przyjrzał się im pobieżnie. Potem rozejrzał się po poczekalni. Tu też nie zauważył znajomej sylwetki. Rozpiął zamek skórzanej krótkiej kurtki, odruchowo zawiesił kciuk na szerokiej klamrze paska podtrzymującego zwisające spodnie. Trudno mu było znaleźć dopasowane portki, a te były jednymi z nielicznych, które w miarę dobrze na nim leżały. Modne i powszechnie dostępne teraz męskie rurki były najgorszym modelem dla jego dużych łydek, przerośniętych silnych ud i pośladków. Wyszukiwał więc spodnie gdzie się da, i każdy znaleziony egzemplarz był na wagę złota. Nosił je do całkowitego przetarcia na udach czy kolanach. Te przecierały się już po wewnętrznej stronie ud i niechętnie myślał o konieczności kolejnych zakupów.

Przesunął się by stanąć na skraju pomieszczenia, tuż przy wejściu głównym. Skoro nie dostrzegł nikogo znajomego przestał się rozglądać. Swój niewielki bagaż ostrożnie postawił na podłodze. Przykucnął na kolano żeby poprawić sznurówkę. Pochylił głowę, przymrużył w skupieniu oczy. Wielki nochal dotknął kolana. Smukłe palce zawiązywały supeł: króliczek biegnie do norki, okrąża ją i kic – wskakuje do środka – przypominał sobie wierszyk z dzieciństwa za każdym razem, kiedy wiązał buty. Miał wtedy przed oczami brudne, podrapane ręce ojca, jak delikatnie i sprawnie robiły pętelkę i zawiązywały białe sznurowadła chłopięcych trampek. Opat lubił tamten czas spędzany razem. Pamiętał zapach smarów i oleju z niedomytych rąk i brud na porwanym podkoszulku.

Urodę odziedziczył po ojcu. Wysoki, silnie zbudowany, o szerokich plecach i mocnych nogach. Był doskonałym mechanikiem i lokalnym zawadiaką, który nie stronił od zabawy. Warsztat ojca to miejsce spotkań wielu mężczyzn z okolicy. Wiadomo – każdy facet znał się na mechanice i prawie każdy miał problem z samochodem czy motorem. A spotykali się niekoniecznie w kwestiach mechanicznych. Pamiętał, jak czasami matka robiła wielki talerz kanapek i kazała mu zanieść do garażu ojca. Kroiła chleb, smarowała masłem, kładła kawałek mortadeli, albo smarowała cienko pasztetem. Latem był jeszcze plaster pomidora czy ogórka z ogrodu. Pełen stos na talerzu brał w obie dłonie i niósł przed sobą jak największy skarb, dumny z powierzonego mu zadania. Zanosił do garażu i stojąc przed ojcem podnosił lekko do góry, żeby ojciec zauważył. Ojciec zabierał talerz i stawiał na blacie, ale najpierw częstował syna. Chłopak czuł się na równi zjednoczony z tymi mężczyznami stojącymi wkoło. Wszyscy na niego patrzyli. Brał wtedy kanapkę, tę z samego szczytu, i dumny z wyróżnienia, że jest przyjęty do grona dorosłych mężczyzn, ze smakiem pałaszował wgryzając się mocno wielkim kęsem w miękki chleb. Brudził buzię, wypychał jedzeniem policzki i powoli ze smakiem przeżuwał delektując się smakiem. To był jeden z nielicznych momentów, kiedy ojciec nie gonił go z warsztatu. Mężczyźni rozluźnieni stali wkoło, większość z ćmiącym papierosem w ustach. Popiół strząsali na betonową podłogę, pety przydeptywali wielkimi butami, co jakiś czas spluwali przez ramię. Ojciec od czasu do czasu kazał mu zamiatać w warsztacie. Dzieciak brał wtedy wielką, ciężką miotłę i z całej siły machał nią wzbijając połacie kurzu. Ale kiedy tak stał w męskim gronie, żując chleb z pasztetem i patrząc na nich wszystkich, a zwłaszcza na ojca, czuł się jednym z nich. Był silny, mądry, wsłuchiwał się w sprawy i problemy poruszane i rozwiązywane urywanymi zdaniami, chrząknięciami, czasami burknięciem. Ktoś rzucał słowo, czasami zdanie, ktoś wybuchał śmiechem. Ktoś kogoś szturchnął, ten prychnął, zagadał. Butelka przechodziła z rąk do rąk razem ze szklanką. Przezroczysto-szarawą ciecz wlewano do szklanki, potem jednym haustem do ust. Po wypiciu trzeba było strząchnąć szklanką, skrzywić się, otrzeć usta rękawem i podać dalej. Po skończonej kolejce butelka pełna śladów palców stawała dumnie na metalowym blacie oblepionym smarem, pośród porozrzucanych nakrętek, starych świec, przy brudnej od mazideł szmacie. Nad tym wszystkim górował talerz kanapek. Kiedyś chłopak wziął jedną taką butelkę, powąchał a potem przechylił do ust. Śmierdziało ostro, było gorzkie i piekące, więc szybko zaczął pluć i wycierać język dłonią i o rękaw swetra, żeby pozbyć się gryzącego smaku. Ojciec się tylko śmiał, ale od matki, która to widziała, przy kolacji dostał ostre lanie i zakaz wychodzenia z chłopakami. Matce szybko przeszło i zaraz po szkole ganiał za piłką razem ze wszystkimi dzieciakami.

Ojciec wjechał pod tira, kiedy wiózł do domu pierwszy kolorowy telewizor. Tego dnia był akurat trzeźwy. Chciał ominąć rowerzystę. Opat nie oglądał telewizji.

Mężczyzna zawiązał sznurowadło i już miał się podnieść, kiedy usłyszał, że za jego plecami rozsunęły się dworcowe drzwi. Najpierw poczuł zapach. Pochylił niżej głowę, przymrużył oczy, żeby skupić się na wąchaniu. Poruszył nozdrzami wciągając jak najwięcej i najmocniej znajomego aromatu. Zapach wyzwolił falę wspomnień: słońce muskające skórę nagich ramion, wilgoć ciała, widok rozsypanych włosów, zwiewnej spódnicy do kostek, bosych stóp na trawie.

Wyprostował się. Patrzyły na niego orzechowe oczy.

 

Agnieszka

 

 

4 odpowiedzi na „Dworzec”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.