Nie wykryło AdBlocka. Dziękujemy za wsparcie naszej twórczości.
Nowe komentarze
Archiwum
Czerwiec 2017
P W Ś C P S N
« Maj    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  
Reklama

Dworzec 2 

 

Włosy opadały jej na oczy. Podrzucała zabawnie głową w bok, po czym niesforna grzywka na moment odsłaniała brązowe oczy, ładnie zarysowane brwi i krągły, niewielki nosek. Kiedy z niezwykłym uporem zasłona z włosów zakrywała zazdrośnie twarz, następował gest odrzucenia głowy i trwał taki niby taniec. Stała, rozglądając się w koło. Na wprost dostrzegła tablicę informacyjną. Przymrużyła oczy, wyciągnęła głowę do przodu, wysunęła lekko podbródek.

Już miała się poruszyć i iść w kierunku tablicy, kiedy usłyszała powitanie:-

– Cześć – Odwróciła głowę. Patrzyła na niego tak, jakby go wcale nie widziała. – Cześć –  powtórzył.

To był jeden z tych fatalnych dni. Paski sandałów obcierały jej stopy, miała zbyt ciężką torebkę, znowu pokłóciła się z matką. Dodatkowo spóźniła się na autobus i musiała czekać na następny. Marzyła, żeby w końcu wyjechać z tego miejsca i od tych ludzi.

Wiedziała, że i tak jest spóźniona, więc spokojnie weszła na dworzec, żeby sprawdzić rozkład pociągów. Zastanawiała się czasami, co by było, gdyby – jak w znanej piosence – wsiadła  do pociągu byle jakiego. A potem, wysiadła na końcowej stacji, zdała się na los i zaczęła wszystko od nowa. Za każdym razem, kiedy było jej ciężko i trudno dogadać się z rodziną i nie znajdowała wsparcia bliskich, myślała, że to już jest ten dzień, kiedy się odważy. Wychodziła wtedy z domu, jechała na dworzec, wchodziła do budynku z przekonaniem, że podoła – wsiądzie do najbliższego wagonu i pojedzie. Stawała w hali dworcowej. Z zazdrością patrzyła na ludzi wyobrażając sobie, że mają tak jak ona. Że oni wsiądą do najbliższego wagonu, i nie pytając o trasę pojadą i zostaną w nowym miejscu. Jednak im dłużej patrzyła na dworcowy ruch, uspakajała się i jak zawsze dostrzegała kolejkę oczekujących po bilety. Nikt nie wyglądał na takiego, co wsiądzie do pociągu innego niż zaplanowany, docelowy. Podróżni cierpliwie czekali, podchodzili do kasy, tłumaczyli kierunki, godziny, prosili o miejsca przy oknie. Bilet się drukował. Potem – niemal nabożnie trzymany w dłoni, sprawdzany lub nie, był przepustką do wyjścia za drzwi, tam – na perony.

 

Jej towarzysz podróży siedział obok. Opat wygodnie rozpadł się w fotelu. Dobrze, że nikogo nie było w przedziale. Wybrali miejsca z rozkładanym stolikiem. Swobodnie wyciągnął długie nogi w stronę przejścia, odchylił głowę i jakby przypadkiem oparł się ciałem o ramię Anki. Nie poruszyła się, ani nie odsunęła.

– Dobry znak – pomyślał zadowolony.

Poprawiła spódnicę i założyła nogę na nogę. Miała krągłe kolana. Spod skrawka tkaniny wystawała bosa stopa ubrana w sandał. Stopa była długa, smukła, przy paskach sandałów lekko zaczerwieniona. Opat przyglądał się nagiej skórze, wędrując wzrokiem od czubków pomalowanych na czerwono paznokci do zakończenia spódnicy. Zapomniał, jakie Anka ma wspaniałe i zgrabne nogi. Poruszyła palcami. Pochyliła się i postawiła torebkę na stolik.

Patrzyła na mijane łąki, czasem jakiś las. Widziała drogi ciągnące się długimi minutami wzdłuż torów. Czasem szosa skręcała w bok i ginęła, a czasem prosty trakt kończył się szlabanem. Wtedy pociąg zwalniał, jakby maszynista specjalnie obwoził podróżnych jak turystów i pokazywał stojące auta z ich kierowcami i pasażerami, tak żeby mogli się przyjrzeć stojącym za szlabanem pojazdom. Widać było różne auta i ludzi. Pociąg zwalniał do takiej prędkości, że można było przyjrzeć się poszczególnym ludziom i ich twarzom, ubiorom, nawet zachowaniu. Jakby zjednoczeni ze swoim blaszanymi pudełkami, stopieni w całość z kierownicą, za oknami, za pękatym brzuchem samochodowej maski ukrywającym silnik, za sterczącymi uszami bocznych lusterek. Wyłupiaste oczy samochodowych świateł nadawały całości dziwnie zwierzęcego wyglądu. Zza szyb prześwitywały ruchome postaci kierowców. Ktoś trzyma oburącz kierownicę swego Żuka i patrzy bezmyślnie przed siebie. Ktoś rozmawia przez telefon, wykrzykuje, macha głową o zaczerwienionej twarzy. Pociąg mijał przejazd, po czym ponownie nabierał prędkości i pędził dalej. Czasami na zakrętach stukot kół chwilowo rozpraszał równomiernie usypiający szum pociągu. Wagon był pusty. Jedyny współpasażer siedział na przeciwległym końcu przedziału. Pochrapywał. Czapka z daszkiem zsunęła mu się nisko na czoło tak, że widać było tylko otwarte usta i biel dolnych zębów.

Co jakiś czas odwracała głowę i skupiała się na widoku za oknem z drugiej strony wagonu. Świat na zewnątrz był rozcięty pociągiem na dwie różne części. Po jednej stronie budynki magazynów, słupy i drogi, po przeciwnej nasyp i zielona skarpa obsypana dmuchawcami.

Anka odwróciła głowę do Opata. Ich twarze były na jednej wysokości i na tyle blisko, że dotykały się nosami. Była bardzo blisko. Grzywka znów opadła na oczy. Opat bał się poruszyć, żeby jej nie spłoszyć i czegoś nie zepsuć.

– Żeby tylko nie uciekła – pomyślał

Oddychał powoli i spokojnie. Zależało mu na bliskości. Pamiętał te oczy. Pamiętał tę twarz. Tyle razy śnił o tym momencie.

– Wciąż masz szramę nad nosem – powiedziała, odwracając głowę. – Pamiętam, skąd się wzięła – odezwała się po jakimś czasie.

Znowu patrzyła w okno i ten świat znowu ją wciągał. Opat widział wygięcie szyi, ucho z zawiniętym kosmkiem, opadającą na czoło grzywkę. Włosy zasłaniały prawie całą twarz. Zamiast profilu sterczał tylko czubek nosa. Chłopak poruszył się, poprawił na siedzeniu, oparł rękę na damskim kolanie.

– A pamiętasz nasz pierwszy raz? – Głos z przejęcia zadrżał mu w gardle i zabrzmiał jak szept.

 

Tamtego roku wiosna przyszła dość późno i wszyscy mieli serdecznie dość zimna i deszczu. Jak tylko nadeszła odrobina ciepła, -wszystko startowało w górę ku słońcu. W dodatku na dziewczyny słońce działało wręcz fantastycznie. Zaczynały się pozbywać swetrów, golfów długich spodni, szalików i tego wszystkiego, co ukrywa słodkie kształty i wdzięki. W stawie nareszcie była wystarczająca ilość wody, żeby wyjąć wędkę i spokojnie posiedzieć. Trawa zielona, śpiewające  ptaki i kwitnące kwiatki. Niewielki zbiornik, stare wyrobisko po wykopaniu gliny, otoczony był krzewami i młodymi drzewami. Dla okolicznych dzieciaków przez cały rok był miejscem spotkań i zabaw. Po tym, jak któregoś roku Maciek Kamiński poślizną się na brzegu i wpadł do wody i w panice machał rękoma i nogami i podtapiał się, rodzice niechętnie patrzyli na spotykania nad stawem. Wszyscy w szkole wiedzieli, że Maciek nie umiał pływać, więc – pewnie więcej było strachu niż zagrożenia, ale na jakiś czas dzieciaki miały zakaz zabaw nad stawem. Zaraz potem sołtys zebrał sąsiadów i zbudowali pomost, nawieżli trochę piasku na plażę, postawili ławki. Nad stawem zrobiło się całkiem przyjemnie. W upały spotykali się tu wszyscy mieszkańcy. Były też bardziej ukryte miejsca. Po drugiej stronie wody.

Maj właśnie się kończył. Miała, jak dziś,  na sobie długą spódnicę. Włosy zawinęła za ucho i głową odrzucała grzywkę.

– Kochałeś się już z kimś?

– Nie. Ale koledzy mi opowiadali. A ty?

– Ja jeszcze nigdy z nikim. Jak to jest?

– Nie wiem.

– Ja trochę się boję. – Panowała cisza. Brzęczały pszczoły, kumkały żaby, przeleciał jakiś ptak. Rozleniwiało ciepło słońca. Siedzieli obok siebie. Skóra rozgrzana słońcem pachniała czymś nieokreślonym, pociągającym, słodkim.

– Myślę, że to jest trochę jak z żabkami. Żabka gdzieś kumka i woła inną żabkę. – Zobacz, – tu siedzą dwie żaby. Jedna obok drugiej. –  Wskazał palcem wystające z wody żabie głowy. – Patrz teraz: jedna gryzie drugą w łapkę – Opat przysunął się bliżej i położył rękę na udzie. Przesuwał dłoń w górę – żeby mu ją zjeść, żeby ta druga nie mogła popłynąć do tej śpiewającej żabki. I jak już zje tę łapkę, to sama hyc hyc. – Pokazał palcem skacząc po bluzce dziewczyny w górę, w stronę dekoltu, – Popłynie żabka do kumkającej żabki i…..

Co roku w stawie pływa cała masa małych żabek.

 

Agnieszka

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.