Cień księżyca
Mógł patrzeć na nią tylko kilka razy w miesiącu. Odkąd ujrzał ją pierwszy raz, noce bez niej były katorgą . Dłużyły się bardziej, niż cienie rzucane tuż przed zachodem.
Dlaczego ona? To pytanie rozpamiętywał na tysiące sposobów w te noce, gdy jego twarz skrywał cień. Spośród tylu miliardów ludzi widzianych z góry, właśnie ona przykuła jego wzrok. Piękna, jasna skóra nabierała blasku, gdy patrzył na nią. Niewielkie wzgórki piersi rzucały wtedy cień. Bawił się obserwując, jak przesuwają się z czasem. Nocny zegar księżycowy. Centymetry kwadratowe mroku wędrujące z porą nocy. Gdy zjawiał się, były skierowane lekko w kierunku brzucha, wolno okręcając się docierały w pobliże głowy. Jakby ostatnim jego spojrzeniem docierały w pobliże ust, chcąc dosięgnąć jej warg tak, jak on. Ostatni promień rzucony na jej twarz. Utrwalał wtedy sobie każdy, najmniejszy fragment jej oblicza. Lekko uniesiony kącik ust, delikatne płatki nosa. I ten mały, zagubiony w bruździe
między ustami a policzkiem brązowy pieprzyk.
Fascynowały go lekkie zmarszczki wokół oczu. Musiała dużo uśmiechać się w dzień, skoro pozostały ślady. Chciał chociaż raz zobaczyć, jak śmieje się kierując twarz w jego stronę. Byłoby lżej iść dalej, obejmując ją spojrzeniem, ostatni raz, powędrować dalej przez świat. Wytłoczyłby ten widok w swoich oczach, by odbijał się na wszystkich dachach w dole. Wytrawiłby go tak, by ciemne połacie lasów układały się w ten ukochany kontur. Refleksy
jezior, mórz i oceanów połyskiwałyby jej uniesionym kącikiem ust. Każda niewielka fala rzucałaby cień. Miękki kontur jej piersi…
Queen of Ice

