Krwawe Walentynki
– Co oglądasz? – spytał Marek, wchodząc do salonu.
– Szukam odpowiedzi.
Dłuższą chwilę przyglądał się akcji na ekranie.
– W serialu?
– To „Zabójcze umysły” – wyjaśniła, ale widząc jego zdziwienie, dodała: – O seryjnych mordercach i profilerach.
– Aha… Mam się bać? – zażartował.
– Nie, skąd – Ewelina odpowiedziała automatycznie.
Spojrzała z powrotem na ekran i poczuła, jak Jason uśmiecha się jej ustami.
Zostaw go! – warknęła w myślach. – On jest nietykalny!
Jason westchnął wewnątrz.
– Dawno się zaczął? – Marek usiadł obok Eweliny na kanapie.
– Już się kończy.
– Szkoda. Włączysz następny odcinek?
– Chciałam iść na spacer…
– O tej porze? Nie boisz się, zwłaszcza po obejrzeniu tego serialu?
– Nieee… – Ewelina nie była pewna, kto odpowiedział: ona czy Jason.
***
Szedł ciemną, osiedlową uliczką. Każdy krok sprawiał, że wojskowy nóż lekko uwierał go w biodro. Lubił ten ucisk, ale jeszcze bardziej lubił uczucie, gdy drewniana rękojeść stawała się nierozerwalną częścią jego dłoni. W zasadzie to jej dłoni, ale już mu to nie przeszkadzało. Doskonale znał atuty jej ciała i umiał je wykorzystać.
Jason zatrzymał się na skwerku między starymi blokami. Podwórko rozświetlały tylko zachmurzony księżyc i śnieg. Niepewnym ruchem rozejrzał się dookoła. Zdjął czapkę, uwalniając spod niej długie włosy. Jason doskonale wiedział, że z klatek schodowych widać teraz szczupłą, kobiecą sylwetkę. Natychmiast poczuł na sobie obłapiający wzrok. Rozpiął kurtkę i wyciągnął komórkę. Udając, że do kogoś dzwoni, wypiął jędrny biust. Miał wrażenie, że za chwilę zacznie się lepić od spojrzenia ukrytego oprycha. Demonstracyjnie przerzucił włosy na bok, a potem, udając zagubienie, odwrócił się w kierunku obserwatora. Policzył klatki i ruszył przed siebie. Kiedy przechodził koło otwartych drzwi, usłyszał:
– Przepraszam, która godzina? Ma pani zegarek?
Jason omal nie prychnął mu w twarz, bo wciąż trzymał w ręku komórkę.
– Och, przestraszył mnie pan, zaraz sprawdzę. – Jednak zamiast odblokować telefon, sięgnął do biodra. Gdy tylko poczuł chłód drewna pod palcami, nieznajomy rzucił się na niego, próbując podciąć kolana. – Jakież to sztampowe… – Jason wykrzywił się w uśmiechu, wykonując błyskawiczny unik.
Mężczyzna stracił równowagę i pewność siebie. Nie spodziewał się, że drobna dziewczyna tak łatwo mu się wymknie i jeszcze będzie z niego kpić. Jason w ułamku sekundy wykorzystał jego zaskoczenie, wykręcił mu rękę i wciągnął do klatki. Ostrze błysnęło w nikłym blasku księżyca i zatopiło się pod żebrami osiedlowego oprycha. Jason zadrżał z podniecenia, widząc przerażenie ofiary.
– Czyż nie to chciałeś mi zrobić? – Mężczyzna zaprzeczył ruchem głowy. – Och… pierwszy raz jesteś po tej drugiej stronie… – szeptał Jason. – No tak, walentynki… ale to nie ty będziesz się dziś bzykał. – Odsunął się na długość ramienia i przekręcił nóż.
Kiedy patrzył, jak gaśnie nadzieja w oczach ofiary, wolną ręką wyjął specjalną chustę do wycierania ostrza i foliowy worek, bo nie mógł zabrudzić ubrania Eweliny.
Dlaczego oni zawsze są tacy zdziwieni? – zastanowił się Jason, powoli wyciągając nóż z ciała, które bezwładnie opadło na schody.
***
Ewelina ocknęła się nad kubkiem parującej kawy w lokalu niedaleko jej mieszkania. Czuła gorące pulsowanie między udami. Nie wiedziała dlaczego, ale miała wielką ochotę na seks.
Rany, znowu mu na coś pozwoliłam – wyrzuciła sobie. Sprawdziła godzinę. – Gdzie on był przez dwie godziny? I czemu jestem tak cholernie podniecona?
Wciągnęła zapach kawy z nadzieją, że się opanuje. Wpychające się w oczy serduszka na każdym stoliku i nad barem nie pomagały. Wypiła napój do końca jednym haustem. Ciepło rozlewające się w brzuchu tylko wzmogło pragnienie.
– Poproszę rachunek! – Zakładając kurtkę, znalazła ozdobną torebkę z ulubionymi słodyczami Marka, które były także jego afrodyzjakiem. – Przynajmniej nie wrócę z pustymi rękami.
Ewelina wbiegła do domu i od progu zrzucała ubrania.
– Samotny spacer w walentynki nie był takim złym pomysłem. – Zarzuciła ramiona na szyję ukochanego. – To dla ciebie. – Uśmiechnęła się słodko, machając torebką.
– Też coś dla ciebie mam… – Marek nie dokończył, bo właśnie spodnie opadły mu z bioder. – OK… prezent może poczekać.
Uwolnił się z nogawek, wziął Ewelinę na ręce i zaniósł do sypialni. Całował dekolt, powoli rozpinając jej bluzkę, aż jego oczom ukazał się krwistoczerwony stanik, falujący w rytmie szybkiego oddechu .
– Weź mnie! – Drżącymi dłońmi ściągnęła koszulkę z Marka.
– Nowy? – Pod lewą miseczką zwisał czerwony kartonik.
– A jak myślisz? – Podniosła głowę, żeby obejrzeć zakup Jasona.
– „Happy Valentine’s” – przeczytał Marek. – Pomysłowe. – Zerwał zębami metkę.
– Weź mnie! – powtórzyła. – Błagam!
Marek zdjął jej spodnie.
– Wiedziałem, że będzie coś do kompletu – powiedział z szelmowskim uśmiechem.
Kiedy wsunął place pod czerwoną koronkę, gorące soki spłynęły na jego nadgarstek. Ewelina jęknęła, poddając się rozkosznej penetracji.
***
– Podobno najważniejszą częścią terapii w DID[1] jest uświadomienie sobie innych osobowości. – Ewelina usłyszała z ekranu.
– To już wiem, a co dalej? – spytała bohaterów serialu.
[1] DID – dysocjacyjne zaburzenie tożsamości (zespół wielu osobowości)


Jak zwykle kapitalny tekst!
Rewelacja Pani Ewo !!!
Cieszę się, że taki mało oczywisty tekst przypadł do gustu 🙂 Dziękuję 🙂
Tutaj wypowiem się krótko: seks i mord = sukces. Brawo! 🙂
Dziękuję 🙂 Po takich komentarzach chce się dalej pisać 😀
No to gdzie upadła komórka gdy wyciągała nóż i po wykręceniu ręki, pacjent nie jest taki całkiem bezwolny ale jak wbiła mi nóż od przodu, gdy jak się wykręci rękę to się jest z tyłu a patrzyła w gasnące oczy… Wiem Jason mnie odwiedzi wreszcie tekst na Walentynki który nie słodzi… Brawo
Jason juz czai się w cieniu 😀
będzie na następne opowiadanie :DDD