Czarodzieje Sieci – dalszy fragment
Wciąż było ciemno, gdy się obudził. Przez sen zapomniał, że nie leży sam i z niecka zaskoczyła go mniejsza powierzchnia łoża. Jednak kiedy pełna świadomość wróciła, był szczęśliwy. Pierwszy raz od dziesiątek lat. Odsunął włosy z jej śpiącej twarzy. Teraz wyglądała tak niewinnie i bezbronnie. Wiedział, że musi ją rozbudzić nader ostrożnie, bo wcale nie była bezbronna. Zbyt gwałtowny ruch mógł się źle skończyć, bo na pewno byłaby tak samo zdezorientowana nagłym wybiciem ze snu.
Delikatnie pieścił jej policzek, linię brody, przesunął się po szyi wzdłuż ścięgna. Kształtny bark kobiety lekko się poruszył, jakby odganiał muchę. Przesuwał palce pół milimetra nad gładką skórą ramion. Gdy zjeżyły się wszystkie włoski, usłyszał cichy pomruk. Przewróciła się na plecy. Jego ręka wróciła na górę i znów od szyi wędrowała w dół. Tym razem głaskał dekolt, zakreślając coraz większą powierzchnię i powoli wkradając się pod rozchylony kołnierz. Kiedy wieczorem zasnęła, zdjął z niej tylko wierzchnie ubrania i zostawił w koszuli, żeby spała wygodnie. Teraz jednak chciał z niej wszystko zedrzeć.
Zaledwie kilka dni temu widział ją nagą, zresztą nie tylko on, ale to była zupełnie inna, całkowicie niepodniecająca sytuacja. W tej chwili czuł narastające pożądanie. Ogień rozpalający wszystkie zmysły. Nie mógł się doczekać, kiedy jej mózg wreszcie zareaguje na pieszczoty. Dotarł na brzeg krągłej piersi. Miał wrażenie, że jej jasna skóra rozświetla komnatę. Delikatnie zsunął ramiączko, by mieć pierś w całej okazałości.
Ita poruszyła się i coś nie wyraźnie mruknęła. Dezyderiusz nachylił się i pocałował jej usta.
– Co się do… – Nie pozwolił jej skończyć, kładąc kolejny pocałunek. – Dezy?… – Otworzyła szeroko oczy, by przyzwyczaić się do ciemności.
– Spodziewałaś się kogoś innego? – Dotknęła jego łysej głowy.
– Nie… nikt nie ma takiej zabójczej fryzury… – Z rozkoszą przyjęła jego rozpalone dłonie masujące piersi. Chciała się mu poddać. – Naprawdę nie boisz się przepowiedni?
– Już dawno się tym zająłem. Miałem tylko jednego syna.
– Aha…
– Zanim się obudziłaś, sprawdziłem zaklęcia zabezpieczające – wyjaśnił, na chwilę odrywając się od jej stwardniałych sutków. – Powinny wytrzymać.
– Nikt tego nie wie… – westchnęła, gdy jego język powoli zataczał kręgi wokół pępka.
W odpowiedzi, jednym ruchem palca zdarł z niej koszulę.
– Wolę być tylko tę jedną noc z tobą, niż przez kolejne 200 lat udawać, że nic nie czuję.
Leżała teraz zupełnie naga, poddając się całkowicie jego pieszczotom. Dopóki sięgały jej dłonie, drapała go po karku.
– Kocham cię – powiedziała w tej samej chwili, gdy rozchylał jej uda.
Gorące usta dotykały jej skórę, a wilgotny język zsuwał się coraz bliżej pulsującego wnętrza. Przyjemne ciepło rozeszło się po całym ciele. Zadrżała, kiedy wsunął dłoń pod talię i zaczął całować jej łono. Spijał jej soki, jak najsłodszy nektar, pieścił rozwarty kwiat kobiecości, ssał nabrzmiały pączek, a ona wiła się pod jego rozżarzonym językiem. Na przemian napinała wszystkie mięśnie i opadała bezwładnie, gdy on świdrował jej wnętrze. Przy kolejnym wyprężeniu złapała się za jego koszulę i gwałtownie rozerwała płótno. Unosiła się w powietrzu, krzycząc w ekstazie. Gdy zabrakło jej sił, dosłownie spadła na posłanie.
Dezyderiusz pozwolił jej tylko na maleńką chwilę wytchnienia. Podniósł się i znów całował jędrne piersi. Ocierał się męskością o mokre płatki. Przyjemny chłód wilgoci jeszcze bardziej do podniecał. Stwardniał do kresu wytrzymałości. Uniósł jej nogę, a Ita zarzuciła mu ręce na plecy. W końcu wszedł w nią z całej siły. Niemal brutalnie. Oplotła jego biodra i wprawiła w rytmiczny taniec. Jeszcze nie ostygła po wcześniejszym uniesieniu, a Dezyderiusz znów zabierał ją na skraj przepaści. Kolejne, mocne pchnięcia doprowadzały ich do szaleństwa, pozbawiały tchu. Rozedrgane mięśnie, napięte zmysł aż do zakończeń nerwowych. Chciała, żeby ta noc nigdy się nie skończyła, a jednocześnie już nie miała siły na więcej. Nie wiedziała, czy w ogóle da się jeszcze więcej. Wydało się, że przestała oddychać. Mężczyzna w jej ramionach gwałtownie zadrżał, wydając ochrypły jęk. Pchnął jeszcze raz, dając całkowity upust nagromadzonej przez lata namiętności. Niekontrolowany wybuch mocy zalał ich wnętrza i komnatę. Spalił wszystko, co się znalazło na drodze dwóch złączonych ze sobą darów. Razem z ich ciałami zadrżały ściany w posadach. Potężny blask przecisnął się między kamieniami w murach, a przez okno wydobyła się smuga światła.
Opadli na łoże, wtuleni w swoje ramiona. Ostatkiem sił pocałowali się i zapadli w głęboki sen, mając nadzieję, że nadejdzie jutro. Zwyczajne jutro.
Ewa Dudziec, 27-28.VII.2016


